Loading…
Po wakacjach, w duszpasterstwie akademickim, którego wciąż jestem sympatykiem (już nie członkiem – nie ten wiek) rusza dyskusyjny klub filmowy. Podczas poprzedzających zorganizowanie przedsięwzięcia dyskusji jeden z kolegów stwierdził, że wszystkie filmy wyświetlane będą z legalnych kopii – wypożyczonych lub kupionych.
Ponieważ na projekcjach będzie obecnych mniej niż 15 osób, a dodatkowo można to uznać za wyświetlanie w celach edukacyjnych (w ramach zrzeszenia studenckiego), nie będziemy (podobno) łamać prawa. Podobno, bo w ustawie o prawie autorskim żadnego zapisu o 15 osobach nie ma. Jest tylko mowa o „kręgu osób pozostających w stosunku towarzyskim”. Duszpasterstwo akademickie jest kręgiem osób pozostających w stosunku towarzyskim – tyle, że w naszym DA taki krąg to ponad 60 osób.Dopiero wracając do domu uświadomiłem sobie, w jakiej żyjemy schizofrenii. Przecież spośród siedmiu dyskutujących osób przynajmniej pięć ma na dyskach swoich komputerów po co najmniej 20 całkowicie nielegalnych filmów. Na zewnątrz nie chcemy powodować zgorszenia, a w domowym zaciszu bez żenady robimy dokładnie to samo, co właśnie jednogłośnie odrzuciliśmy.
Za drogo i za trudno
Poruszam ten temat, ponieważ wśród studentów ściąganie filmów i muzyki z Internetu jest niemalże normą (piszę „niemalże”, ponieważ znam kilka osób, dla których jest to postępowanie nie do przyjęcia). Nie chcę prowadzić tu krucjaty pod hasłem „Ściąganie to kradzież” czy innym, równie zniechęcającym (do danej kampanii medialnej, nie do ściągania – przynajmniej tak skuteczność takich kampanii wygląda z mojego punktu widzenia). Chcę jedynie namówić do refleksji. Dlaczego ściągamy?Osoby pytane, czemu zdobywają w taki sposób filmy i muzykę, tłumaczą się najczęściej wysokimi cenami płyt, biletów do kina i wypożyczania filmów. Myślę jednak, że to tylko część prawdy. Drugim najważniejszym motywem jest zwyczajna łatwość zdobycia w ten sposób praktycznie dowolnego dzieła. Do kina trzeba się wybrać i wyjść, seanse interesującego nas filmu niekoniecznie wypadają w najbardziej odpowiadających nam godzinach, a ponadto kino nie zawsze jest za rogiem. Film z wypożyczalni możemy wprawdzie obejrzeć o wybranej przez nas porze, ale w przeciągu doby lub trzech dni – później płytę trzeba zwrócić.
Dlaczego ściągamy?
Kolejnym motywem ściągania jest możliwość całkowicie dowolnego dobierania tego, czego słuchamy lub co oglądamy. Internet pozwala nam po prostu wybierać to, na co mamy ochotę – choćby był to irański rock czy albańskie filmy katastroficzne. Nie jesteśmy ograniczeni ani programem TV, ani zasobami sklepu muzycznego czy fonoteki, ani programem kin. Dotyczy to zwłaszcza osób zainteresowanych muzyką i kinem dawniejszym, a niekoniecznie należącym do ścisłej klasyki, która co jakiś czas jest wznawiana. Pojawia się tu jeszcze jeden motyw ściągania – wiele utworów muzycznych i filmów dostępnych jest wyłącznie taką drogą, gdyż nie zostały przez polskich dystrybutorów lub firmy fonograficzne wypuszczone na rynek w żadnej formie. Nie znosi to jednak obowiązywania prawa autorskiego i (przynajmniej w teorii) internauta powinien zacisnąć zęby i poszukać czegoś bardziej dostępnego.Ze ściąganiem trudno jest też zerwać tym, którzy chcą być na bieżąco z nowościami. Kto nie ściąga, ten nie będzie znał najnowszych hitów, nie będzie też mógł ich udostępniać znajomym, spadnie więc jego atrakcyjność towarzyska. Niejeden zakompleksiony informatyk zyskał przychylność wybranki swojego serca, gdy po zaproszeniu do pokoju w akademiku położył jej na podołku pudełko z 200 płytami (po 4 filmy na każdej) i powiedział: „No to pożycz sobie, co ci się stąd podoba”.Argument cenowy jest jak najbardziej zrozumiały. Zawsze jednak można odpowiedzieć, że przecież muzyka i filmy nie są dobrami pierwszej potrzeby i nie ma konieczności zdobywania ich w sposób nielegalny. Żądanie 70 zł za album jest może wyzyskiem, ale to nie uprawnia do kradzieży. Tak samo jest z argumentem niedostępności niektórych utworów – jeśli coś nie jest nam potrzebne np. do badań naukowych nad jakimś nurtem w kinie czy muzyce, to przecież możemy bez tego żyć. Natomiast łatwość i możliwość dowolnego doboru repertuaru nie są, moim zdaniem, żadnym usprawiedliwieniem. Wszystkie te cztery motywy mogą być natomiast wskazówkami do konstruowania zmian w systemie dystrybucji – produkt powinien być dostępny taniej, w większym asortymencie, na życzenie w każdej chwili oraz przez Internet.
Mogę, więc ściągam
Wskutek wspomnianej łatwości wielu ludzi ulega tzw. imperatywowi technologicznemu – jeśli coś może być zrobione (tzn. jest technicznie wykonalne), to powinno być zrobione. Skoro mogę ściągać pliki wideo i muzyczne z Internetu, a na ekranie w momencie rozpoczęcia pobierania nie pojawia się czerwony napis WARNING, ani do drzwi mojego domu nie puka nazajutrz policja, to znaczy, że mogę ściągać. Po jakimś czasie przyzwyczajenie robi swoje. Po co wydawać pieniądze, skoro można mieć za darmo? Po co marnować czas na chodzenie do kina czy sklepu, skoro można w 5 minut (a czasem i szybciej) znaleźć film czy album w sieci, rozpocząć pobieranie i zająć się czymś innym?Największym problemem nie jest to, czy wymiana plików przez sieć jest legalna lub nielegalna. Nie wiemy, jak kwestia ta zostanie rozstrzygnięta w przyszłości. Na pewno nie będzie możliwy prosty powrót do sytuacji wyjściowej, czyli obrót muzyką tylko na nośnikach (choć wielu decydentów z ZAiKS-u pewnie właśnie tego by chciało). Problemem jest tak naprawdę to, że większość ściągających w ogóle nie zastanawia się nad legalnością czy etycznością swojego postępowania. A nawet, jeśli się zastanawia, to zawsze może poczuć się „kowbojem sieci”, walczącym z wyzyskiem ze strony wielkich firm płytowych.Boję się, że łatwość pozyskania filmów i muzyki z sieci spowodowała, że zanikła jakakolwiek wrażliwość na kwestie związane z prawem autorskim. Dopóki złamanie prawa autorskiego wiązało się z ewidentnie przestępczą działalnością (np. nielegalne tłoczenie płyt i sprzedawanie ich dla zysku), było społecznie potępiane. Ale gdy złamać prawo można kilkoma kliknięciami w sieci, nie czujemy już odpowiedzialności. Prawa twórcy do czerpania zysków ze stworzonego dzieła przegrywają w konkurencji z łatwością wejścia w posiadanie kopii tego dzieła. W dyskusjach podstawowym argumentem są nieprzyzwoicie wysokie marże producentów i dystrybutorów. Punktem wyjścia powinna być natomiast edukacja społeczna na temat praw autorskich jako takich. Zawsze będą wprawdzie istnieli ludzie łamiący prawo (nawet w Singapurze istnieje jakaś przestępczość), ale powszechny (w skali globalnej) zanik świadomości, że określony czyn stanowi naruszenie prawa, jest już sygnałem, że pewne normy nie zakorzeniły się w sposobie myślenia większości ludzi. A to może powodować dalsze problemy w przyszłości. Ktoś powie: wielka mi rzecz, przecież wszyscy ściągają. Nawet gdyby 99% społeczeństwa popełniało jakieś wykroczenie, nie znaczyłoby to jeszcze, że dana rzecz przestała być wykroczeniem. Co jednak, jeśli w społeczeństwie nie ma konsensusu co do tego, czy omawiany czyn istotnie powinien być penalizowany? W dyskusjach na temat legalności i moralnej dopuszczalności ściągania plików muzycznych i filmowych z sieci częstym argumentem jest stwierdzenie, że przecież wszyscy tak robią. W dodatku argument ten bywa wykorzystywany zarówno za, jak i przeciw penalizacji. Jest to również wskazówka dla przemysłu fonograficznego i filmowego, że trzeba zmienić sposób dystrybucji dzieł, skoro nie da się wyłapać wszystkich ściągających. Stwierdzenie, że wszyscy tak robią, nie jest natomiast odpowiedzią na pytanie, czy jest to etyczne i legalne.
Co to jest kradzież
Na forach internetowych najczęstszy argument brzmi: jak ceny płyt spadną do rozsądnego poziomu, to będę je kupował. Tylko jaki poziom jest rozsądny? Może się okazać, że znajduje się on poniżej poziomu opłacalności wydania płyty. Ponadto jakoś nie wierzę, że większość osób, które odkryły korzyści wynikające z darmowego ściągania muzyki i filmów, porzuci nagle ten proceder, gdy ceny płyt spadną. Po co płacić za coś, co można mieć za darmo? Wtedy wprawdzie nie będą już mieli głównej wymówki, ale czy będzie to miało dla nich jakieś znaczenie? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w Internecie rozmywają się niektóre kryteria etyczne. Ponieważ nie dochodzi do fizycznego przywłaszczenia sobie jakiejś rzeczy, a „tylko” do bezprawnego wejścia w posiadanie kopii utworu, może się wydawać, że przecież nie dzieje się nic złego. Wymieniając pliki przez sieć, nie przywłaszczamy sobie fizycznie nośnika, na którym muzykę czy film wydano, a jedynie powielamy zawartość płyty. W tym sensie całkowicie chybione są w mojej opinii kampanie przeciw ściąganiu, porównujące ściąganie do kradzieży samochodu czy torebki. Tak właśnie większość ludzi definiuje kradzież – jako zabranie czegoś fizycznie istniejącego. Tymczasem przedmiotem kradzieży może być nie tylko sam nośnik, a również jego zawartość. Gdy np. jeden naukowiec przedrukowuje obszerne fragmenty publikacji drugiego bez podania źródła, zdajemy sobie sprawę, że doszło do kradzieży, choć fizycznie nic z domu okradzionego nie zniknęło. W hurtowni nadal jest więc 20.000 płyt Kazika, ale naruszone zostały prawa twórcy do czerpania zysków z rozpowszechniania swoich utworów. I to właśnie trzeba sobie uświadomić, zamiast porównywać ściąganie do kradzieży sklepowej.Zamęt pogłębia jeszcze fakt, że w sieci dostępnych jest sporo utworów muzycznych (i nieco mniej filmów) należących do tzw. domeny publicznej, które można pobierać całkowicie legalnie. Nie ma natomiast płyt, które można legalnie zabrać ze sklepu bez płacenia (można co najwyżej kupić w przecenie, ale to wciąż jest jakiś wydatek). Wynalezienie nie dającego się właściwie kontrolować procesu, jakim jest wymiana plików w sieci, może spowodować długotrwały kryzys w przemyśle artystycznym, który na czymś przecież musi zarabiać.
Potrzebne są zmiany
Nie znam tajników funkcjonowania przemysłu artystycznego i nie wiem, czy producenci nagrań rzeczywiście ponoszą w wyniku wymiany plików w sieci straty tak duże, jak deklarują. Wiem natomiast, że jeśli sprzedaż biletów w kinach spadnie poniżej pewnego poziomu, produkcja filmów stanie się nieopłacalna. Jeśli powodem ściągania są głównie zaporowe ceny, problemowi da się zaradzić. Jeśli natomiast ściąganie wynika głównie z lenistwa i jego poziom nie spadnie wyraźnie po ewentualnym obniżeniu cen, to po jakimś czasie zabraknie nowych plików do ściągania. I wtedy będziemy mieli naprawdę poważny problem. Straszenie karami nic nie da. Media co jakiś czas informują, że jakiś nieszczęsny internauta w USA lub Europie został dla przykładu namierzony, aresztowany i skazany na horrendalną grzywnę. A inni mruczą pod nosem „Tak, to straszne”, po czym klikają „Ściągaj”. Producenci muszą zrozumieć, że potrzebne są rewolucyjne zmiany w sposobach dystrybucji, a ściągający – że łatwość i darmowość dostępu do nagrań może się w którymś momencie okazać bardzo zwodnicza, i to nie z uwagi na ewentualne kary.
Marek Misiak